sobota, 24 września 2011

"Małe" języki

Kiedy chcemy się nauczyć języka obcego, jednym z kryteriów doboru może być jego użyteczność. Można rozumieć przez to kilka rzeczy:

1. Użytecznym jest taki język, znajomość którego pozwoli nam porozumiewać się z jak największą liczbą ludzi. Tu przydają się zestawienia, które pokazują, że ok. tyle a tyle osób na świecie mówi w tym języku. Znajdują się tu takie języki jak chiński (mandaryński), hiszpański, angielski, hindi-urdu, arabski, bengalski, portugalski, rosyjski czy japoński.

2. Użytecznym jest taki język, który będzie pomocny przy wykonywaniu naszej pracy. Znamy urdu? Świetnie! Ale pracujemy w firmie, w której kontakty międzynarodowe ograniczają się do Niemiec, Rosji i Czech. Niemiecki czy rosyjski są językami w miarę znanymi, może warto więc postawić na czeski, by nasza wartość w firmie wzrosła?

3. Użytecznym będzie w końcu taki język, który jest tak rzadki, że znające go osoby są rozchwytywane jak świeże bułeczki. Znamy węgierski, litewski, łotewski, estoński czy hebrajski? Znamy te języki bardzo dobrze? W dużym mieście nie powinno być problemów ze znalezieniem pracy.

No dobrze, a co, jeśli znamy tak rzadko używany język, że do kontaktów handlowych nam się nie przyda? Znamy khmerski, zulu, ujgurski albo język szan? Czy są to języki przydatne? Nie pasują do żadnej kategorii przydatności. Trudno zakładać, że spotkamy gdzieś w Polsce człowieka mówiącego w tagalog, z którym nikt nie może się dogadać i tylko my możemy pomóc.
Czy warto się więc ich uczyć? Moja odpowiedź brzmi następująco: warto, jeśli znamy też inne, bardziej powszechne języki. Może się zdarzyć, że będzie potrzebny akurat człowiek ze znajomością laotańskiego do rozmowy z emigrantami. Może uda nam się kiedyś wyjechać do Indii, gdzie dostaniemy pracę tylko dlatego, że znamy tamilski.
A nawet jeśli nie, to czyż znajomość nietypowego języka nie przyniesie nam ogromnej satysfakcji?

Tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszy wpis i wracam do nauki czeskiego :)

1 komentarz:

  1. Widzę zero komentarzy, a dziwne, gdyż bardzo ciekawy post. Dla mnie jest też szczególnie na czasie, dopiero co pisałem u mnie na blogu o nauce języków keczuańskich.
    A co mnie motywowało? Z jednej strony znam już przyzwoicie hiszpański i angielski, czy dwa ogromne języki z pierwszej grupy, jaką wymieniłeś. Pomyślałem, że pozwolę więc sobie na język "nieco mniej przydatny, tak dla przyjemności", a jak zauważyłeś i te rzadsze języki mogą okazać się przydatne. Natomiast nie wyobrażam sobie nauki jakiegokolwiek (pupularnego, rzadkiego, przydatnego lub nie) języka, jeśli ten język nas nie interesuje, lub też ludzie nim włądający. Nauka języka to (najlepiej codzienne) poświęcenie przez lata, nie wyobrażam sobie codziennie przez lata poświęcać czas na język, tylko dlatego, że byłby przydatny w pracy, mimo, że mnie nie interesuje, lub wręcz odrzuca od siebie. Języka niemieckiego uczyłem się (obowiązkowo) przez trzy lata w liceum. Przyznam szczerze, że po trzech latach wymuszonej nauki w tej chwili jestem w stanie powiedzieć po niemiecku najwyżej KILKA zdań wyuczonych na pamięć (nawet nie pamiętam jak je zapisać). Z drugiej strony po trzech latach samodzielnej nauki hiszpańskiego z czystej pasji umiałem po hiszpańsku swobodnie rozmawiać. W tej sytuacji nawet i keczua ma dla mnie znacznie większy sens niż niemiecki... I tego mi jedynie brakowało w Twoim artykule.

    Pozdrawiam

    http://blogjezykowy.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń